Gdy nic nie musisz, a wszystko możesz – urlop jest przygodą.
🙂
Urlop – każdy spędza go na swój sposób. My szukamy miejsc gdzie możemy pochodzić. Dużo pochodzić. Tak, aby ciało czuło fizyczne zmęczenie, a głowa w końcu przestała analizować.
Zazwyczaj jeździliśmy w Sudety, jednakże na dużej ilości tras wprowadzono zakaz wchodzenia z psem. Zmusiło nas to do szukania innych gór.
Po czeskiej stronie mieliśmy już okazję chodzić będąc w Zieleńcu, więc wybór był w miarę prosty – Czeska Szwajcaria. Zdecydowanie preferujemy urlop po sezonie. Tym razem wybraliśmy się na przełomie września i października. Nie licząc dni, w których podróżowaliśmy, na miejscu spędziliśmy siedem dni.
1 dzień:
Szlakami w okolicy Benešov nad Ploučnicí / Zamek Scharfenstein (zwany Zamkiem Ostry)
2 dzień:
Trpasličí skála (Skała Krasnoludow) / Zamek Falkenštejn / Mariina skála (punkt widokowy)
3 dzień:
Jaskinia Klácelka / Čertovy hlavy (Diablelskie Głowy) / Harfenice (rzeźbione głowy)
4 dzień:
Dolský mlýn / Kamenická vyhlídka (punkt widokowy) / Skalny Zamek Šaunštejn / Panská skála
5 dzień:
Benešov nad Ploučnicí oraz Cmentarz miejski
6 dzień:
Skalne miasto Tiské stěny
7 dzień:
Brama Pravčicka
Na rozruch pierwszego dnia wybraliśmy się na małą pętelkę po okolicy. Zaczęliśmy od żółtego szlaku, który przechodził w bliskiej odległości od naszej kwatery.
Już na samym początku dał mi nieźle w kość, gdy okazało się, że wchodzimy pod górę kamienisto – błotnym wąwozem naprawdę długi i stromy odcinek. Po siódmym, około 30 sekundowym odpoczynku na złapanie oddechu, przestałam liczyć ile razy zatrzymywałam się jeszcze podczas tej wspinaczki.



Powyższe zdjęcia zostały zrobione telefonem.
Rekompensata tej mordęgi? Kraina czubajki kani – tyle tych grzybów na raz nigdy wcześniej nie widziałam. W jednym miejscu naliczyłam 14 sztuk, w każdym kolejnym ilości były bardzo podobne.

Szlak prowadził przez las, małe wioski oraz dróżki po łąkach z pięknymi widokami i pasącymi się zwierzętami. Baku był zachwycony, gdyż owieczki i koziołki to jego ulubieńcy, za to my wyglądaliśmy jak kukiełki, bo było mokro i zimno 😉










Na posiłek zatrzymaliśmy się przy chatce w środku lasu i odpoczęliśmy korzystając z dostępnych ławeczek.

Niebieski szlak prowadził nas bardzo przyjemną, utwardzoną drogą, z ładnym widokiem na okolicę. Pomimo, iż było cały czas pod górkę, to wzniesienie było rozłożone na długim odcinku, więc marsz był przyjemnością.




Po powrocie do domu i ciepłym posiłku zdecydowaliśmy, że zrobimy jeszcze jeden krótki spacer po okolicy.
Pierwszą część „pod górę” szliśmy bardzo przyjemną, widokową 15-tką – czyli trasą rowerową z widokiem na nasze miasteczko, z której po jakimś czasie zeszliśmy na zielony szlak. On już prowadził nas przepiękną leśną drogą z punktem widokowym.



Zielonym szlakiem dotarliśmy prosto do ruin zamku Ostry. Zamek ten jest ważnym zabytkiem we wsi Františkov nad Ploučnicí. Wznosi się na bazaltowej skale nad rzeką Ploučnicí. Pierwsza wzmianka o zamku pochodzi z 1268 roku. Warto wejść na górę, bo choć ruiny nie są szczególnie imponujące, to wciąż robią wrażenie. Ponadto szczyt skały to także punkt widokowy.





Wracaliśmy zielonym szlakiem prowadzącym wzdłuż rzeki. Odbiliśmy ze szlaku, aby obejrzeć niewielki wodospad. Niestety, wody było w nim jak na lekarstwo i nie zrobił na nas większego wrażenia, w przeciwieństwie do przyjemnego dla oka zbocza pokrytego omszałymi kamieniami.
Ten bardzo ładny i mało wymagający szlak był idealny na zakończenie pierwszego dnia pobytu.



Powyższe zdjęcia zostały wykonane telefonem
Dzień pierwszy zakończyliśmy wynikiem 21,7 km. Zrobiłam 30 tys. kroków, a według aplikacji wdrapaliśmy się na 82 piętro. Zacny wynik jak na pierwszy dzień pobytu.
Drugi dzień zaczęliśmy bardzo spokojnie od zwiedzania Trpasličí skála, czyli Skały Krasnoludów, która znajduje się w okolicy miejscowości Jetřichovice. Z drogi warto zjechać na mini parking. Łatwo go przeoczyć, ale na szczęście jest on oznaczony na mapach Google.
Góra, na którą prowadzą piękne schodki, posiada siedem płaskorzeźb krasnali wykonanych przez Eduarda Vatera w latach 1832-1833. W roku 1989 płaskorzeźby zostały pomalowane. Przejście całości zajęło nam ok. 10 minut.









Na szczycie wzgórza znajduje się jeszcze tajemnicza grota wykuta w skale. Jej przeznaczenia nie udało mi odnaleźć. Co się w niej kryło, wiedzą tylko krasnale.

Drugą część zwiedzania rozpoczęliśmy z parkingu w Jetřichovicach. Opłata za parking wyniosła nas 150 CZK za cały dzień (bez problemu można było zapłacić kartą w parkomacie).
Ruszyliśmy z parkingu żółtym szlakiem.
Po przejściu niespełna kilometra skręciliśmy w lewo (również w żółty szlak) w kierunku Zamku Falkenštejn. Aby dotrzeć do zamku, musieliśmy wspiąć się po dużej ilości schodów, ale zdecydowanie było warto.
Zamek został założony prawdopodobnie pod koniec XIII wieku przez ród Michaloviców jako zamek obronny. Pierwsza pisemna wzmianka o zamku na skale pochodzi z 1395 roku. Zabudowa zamku na szczycie ponad 30-metrowej wysokości skały składała się z przynajmniej jednego budynku stanowiącego siedzibę oraz wybudowanej przy nim kaplicy. Dodatkowo przy budynku znajdował się wykuty w skale zbiornik wodny (tzw. ‚cysterna’), miejsce przygotowywania potraw (tzw. ‚kuchnia’) oraz studnia.




Do zamku dostać się można było jedynie (tak jak i obecnie) poprzez wąską i stromą szczelinę skalną do której dzisiaj prowadzą metalowe schody. W 2017 roku wybudowano szereg metalowych kładek oraz schodów i ruiny zamku zostały w ten sposób udostępnione zwiedzającym. Wcześniej zamiast schodów była belka po której należało się wspiąć, aby dostać się do pierwszej bardzo wąskiej szczeliny i dalej należało wspinać się po skałach.


Po wspięciu się po stromych schodach dostajemy się na tarasy widokowe.
W pierwszej kolejności rzuciła mi się w oczy Havraní skála, a dokładnie widok na jej południowe ściany.


Widok z pozostałych tarasów zamkowych również jest imponujący.





Na szlak wróciliśmy korzystając z drugiego zejścia, które okazało się być dosyć strome. Baku w pewnej chwili odmówił schodzenia ze schodów, więc Dominik musiał go wziąć na ręce i znieść.
Kontynuowaliśmy spacer żółtym szlakiem, prowadzącym szutrowo-asfaltową drogą, cały czas lekko do góry. Droga ta jest bardzo malownicza, gdyż po obu jej stronach mamy bloki skalne.

Pod Suchym Vrchem weszliśmy na niebieski szlak i byliśmy wdzięczni, że nie ulegliśmy pokusie skrócenia sobie drogi szlakiem rowerowym. Ten odcinek trasy jest urzekający. To wąska dróżka z magicznymi schodkami.



Następnie odbiliśmy ponownie na żółty szlak, który prowadził nas szczytem góry po drodze szutrowej. Tam zmuszeni byliśmy zrobić dłuższy postój, gdyż Baku odmówił dalszej wędrówki i zwyczajnie poszedł… spać 😀 Po ok. 15 minutach psiej drzemki mogliśmy kontynuować nasz spacer. Doszliśmy do punktu Purkartický les i weszliśmy na czerwony szlak.
Ta część szlaku, aż do Vilemínina stěna, prowadzi szczytem góry po stromych, kamienistych schodach wiodących raz w górę, raz w dół. W dalszej części szlak wiedzie wąską ścieżką wzdłuż kamienistej ściany z przepaścią po drugiej stronie.



Muszę się przyznać, że tak w ok 3/4 tego czerwonego szlaku mieliśmy moment zawahania, czy oby nie zawrócić. Dla naszego psa ten szlak był dość wymagający. Zdecydowaliśmy się jednak iść przed siebie. To była dobra decyzja, udało się nam przejść.
W Vilemínina stěna na wysokości 390 m na podróżnych czeka 200 metrów schodów, które prowadzą do punktu widokowego Mariina skála (przewyższenie na tym odcinku wynosi 38 metrów). Z tego punktu rozpościera się przepiękny widok na panoramę okolicy. Z naszej trójki wszedł tam tylko Dominik, my z Bakusiem czekaliśmy przy drogowskazie.

Schodziliśmy dalej czerwonym szlakiem, który sprowadzał nas już tylko w dół, choć czasami te zejścia były naprawdę strome.




Na dole przywitał nas piękny zachód słońca.

Według mapy z przewodnikiem cała wyprawa to 8 km, a przewidywany czas to 3h. Nam przejście zajęło dużo dłużej ale było warto.
Dzień drugi zakończyliśmy wynikiem 12 km, 17,5 tys. kroków, a wg aplikacji wdrapaliśmy się na 74 piętro.
Na trzeci dzień zaplanowaliśmy lżejszą wycieczkę. Jako cel podróży obraliśmy słynne Diablelskie Głowy (Čertovy hlavy). Od naszego miejsca pobytu to ok. 60 km, zaledwie godzina jazdy samochodem. Punktem startowym był bezpłatny parking w miejscowości Liběchov, przy samym Zamku o tej samej nazwie. Zamek uwieczniłam tylko na poniższym zdjęciu.

Ruszyliśmy niebieskim szlakiem. Na początku prowadzi on przez bardzo ładny park, a następnie, po krótkim przejściu uliczkami miasteczka, dochodzi do drogi szybkiego ruchu. Aby dostać się na dalszą część szlaku należy przejść na drugą stronę jezdni.
Pierwszy interesujący punkt na naszej trasie to Jaskinia Klácelka. Podejście do jaskini jest strome, ale na szczęście bardzo krótkie, więc warto nie omijać tego punktu będąc w okolicy.


Powyższe zdjęcia zostały zrobione telefonem
Jaskinia ta została zamieniona w dzieło sztuki. Ten zespół rzeźb naskalnych z tzw. Blanikiem jest dziełem czeskiego rzeźbiarza Václava Levý’ego. Blanik nawiązuje do historii poprzez symbolikę husycką. Jednocześnie ożywia legendę o śpiących rycerzach z Blanicy, którzy budzą się i przybywają z pomocą swojemu krajowi w najgorszym momencie. Zespół składa się łącznie z trzech rzeźb. Dwie z nich przedstawiają potężnie wyglądających mężczyzn w zbrojach rycerskich. Znajdują się one na lewo od wejścia, chronione ozdobną kratą. Pierwszy z nich przedstawia Jana Žižkę z Trocnova, drugi Prokopa Holé. Trzecią postacią Blanika jest siedzący na tronie Zdeněk Zásmucký, mityczny wódz blaníckich wojsk, którego pomnik znajduje się na prawo od wejścia. (źródło: karkonoszego.pl)




Jaskinia, która jest odrębną częścią całego kompleksu skalnego, to tzw. Klácelka. Wejście do jaskini zdobi ornament w stylu hiszpańsko-mauretańskim, a nad nim znajdują się do dziś rozpoznawalne płaskorzeźby trzech humanizowanych zwierząt: po lewej ptak w cylindrze w fartuchu patrzący w górę, po prawej twarzą do niego żaba, ubrana w krótki płaszcz i trzymająca w przednich kończynach różdżkę i cylinder. Nad ich głowami unosi się mucha z rozpostartymi skrzydłami (źródło: karkonoszego.pl).

Wnętrze jaskini jest oświetlone przez dwa małe okna, jedno z przodu przy wejściu, drugie znajdujące się z tyłu. Środek jest ozdobiony pasem płaskorzeźb, które przedstawiają piętnaście różnych zwierząt w ludzkich ubraniach i wyrazistych pozach.


Idąc dalej niebieskim szlakiem warto też zwrócić uwagę na ukształtowanie terenu, gdyż przez chwilę prowadzi on szczytem skał z wyrwami pomiędzy nimi.
Dalej szlak prowadzi już bezpośrednio do miejscowości Želízy i Čertovy hlavy, czyli do Diabelskich Głów w lasach Kokořín .
Są to monumentalne skalne rzeźby o wysokości 9 metrów, które pochodzą z 1840 roku. Autorem rzeźb jest Václav Levý a ich powstanie owiane jest tajemnicą, podobnie jak niektóre rozdziały biografii Vaclava.


Chcieliśmy zobaczyć kolejne skalne rzeźby, zatem kontynuowaliśmy wędrówkę niebieskim szlakiem. Po zejściu z góry (które wcale nie jest fajne, bo jest na ostatnim odcinku bardzo strome) droga częściowo prowadzi po miejscowości Želízy. Tam weszliśmy na żółty szlak. Doprowadził on nas do kolejnych płaskorzeźb tego samego autora. Herfenice – to tu znajdują się kolejne rzeźbione głowy, w tym kobieta z harfą, którą łatwo przegapić.


Obok znajduje się rzeźbiona wnęka z kamiennymi schodkami prowadzącymi na wierzchołek skały. Podobno wszystkie skalne rzeźby Levý’ego łączy to, iż można na nie wejść i po nich chodzić. Nie sprawdzaliśmy tego, ale wierzymy, że tak jest.

Idąc dalej można znaleźć kolejną płaskorzeźbę dwóch węży.

Na samym końcu, tym razem po drugiej stronie drogi, znajdujemy wyrzeźbioną głowę Sfinksa. Ciekawostką jest, iż pierwotnie w tym miejscu widniała płaskorzeźba Cesarza Franciszka Józefa I, z której po 1918 roku wyrzeźbiono Sfinksa.

To był już ostatni punkt, który chcieliśmy zobaczyć na tej trasie. Zawróciliśmy i bardzo przyjemnym niebieskim szlakiem prowadzącym przez las udaliśmy się w kierunku parkingu. Po drodze znaleźliśmy jeszcze kaplicę – Kaple sv. Máří Magdalény.

Po wyjściu z lasu, z drogi wypatrzyliśmy jeszcze Diabelskie Głowy.

Nie mogłam sobie również odmówić zrobienia zdjęcia Elektrowni Melnik.

W drodze powrotnej udało mi się jeszcze uchwycić piękny zachód słońca, choć robienie zdjęć z jadącego auta nie należy do moich ulubionych.



Dzień trzeci zakończyliśmy wynikiem 15 km, 16 tys. kroków, a wg aplikacji wdrapaliśmy się tylko na 37 piętro.
Czwartego dnia na miejsce startowe wybraliśmy miejscowość Vysoká Lípa. To wieś w gminie Jetřichovice, o której pierwsze wzmianki pochodzą z 1446 roku. W 2011 roku na stałe mieszkało w niej 96 mieszkańców. Stan bieżący nie jest znany.
Zaparkowaliśmy pod hotelem na płatnym parkingu (150 CZK za cały dzień, płatne w parkomacie). Wybraliśmy najpierw szlak niebieski, który miał nas zaprowadzić do pozostałości po młynie oraz na punkt widokowy.
Z parkingu przeszliśmy kilkaset metrów asfaltem i doszliśmy do starego cmentarza. Warto wejść na jego teren, bo można znaleźć tam takie perełki.



Dalej droga poprowadziła nas przez las aż do kamiennych schodów prowadzących w dół. Ile ich było, nie liczyłam, ale przypuszczam, że co najmniej kilkadziesiąt 😀


Schody poprowadziły nas do kolejnej magicznej krainy. Pomiędzy skałami, które otaczały nas z obu stron była wąska, kręta dróżka prowadząca cały czas w dół. Musiałam bardzo uważać idąc, gdyż moje częste „ochy” i „achy” nie pomagały w pokonywaniu tej trasy. Słowa nie oddadzą piękna tej drogi. Obawiam się, że zdjęcia też nie.
Poniżej zdjęcia z zejścia i wejścia, gdyż o ile schodząc tylko się zachwycałam, to wchodząc z powrotem już pamiętałam, aby zrobić kilka kadrów.
Jeśli tylko będziecie w okolicy idźcie na niebieski szlak i zanurzcie się w tej magicznej krainie.







Po zejściu z góry naszym oczom ukazał się drewniany mostek na rzece Kamenice (z wodospadem) i ruiny Dolskiego Młyna.




Dolský mlýn to zabytkowe ruiny pierwotnego młyna trójkołowego i tartaku, które datowane są na 1515 rok. Po II wojnie światowej młyn został opuszczony i zaczął niszczeć. W 2007 roku został uznany za zabytek kultury.
Warto poświęcić chwilę i wejść do zachowanych części budynku.



Niebieski szlak prowadzący dalej jest naprawdę malowniczy.



Po prawej stronie ukazał nam się… bunkier. Udało mi się znaleźć informację, iż był to bunkier z jedną salą strzelecką i stalową strzelnicą przeznaczony dla 4 osobowej załogi. Wybudowany w 1938 roku i odporny na kaliber 105 mm.

W końcu doszliśmy do znaku Kamenická vyhlídka skąd odbiliśmy w prawo i bardzo ładną, prostą drogą doszliśmy do punktu widokowego. Znajduje się on na skale nad rzeką Kamenice. Można przysiąść na ławeczce i podziwiać widoki.




Powrót na parking odbyliśmy tą samą trasą. Całość w obie strony to 4,2 km i szybkim marszem zajmuje półtorej godziny, ale da się ją przejść w 40 minut 😀 Dominik kilka dni później zrobił tę trasę sam w poszukiwaniu kagańca, który na punkcie widokowym zgubiliśmy. Kaganiec znalazł i zrobił to przejście w mniej niż połowie sugerowanego czasu.

Po chwili przerwy i odpoczynku w aucie zdecydowaliśmy się iść dalej do Skalnego Zamku Šaunštejn.
Z parkingu ruszyliśmy w prawo do żółtego szlaku (można też przejść pierwszy odcinek asfaltem lub podjechać ten odcinek do kolejnego parkingu, my jednak zdecydowaliśmy się na marsz). Wprawdzie żółty szlak i tak doprowadził nas do asfaltu, ale był to już bardzo krótki odcinek do przejścia. Spacer szosą w towarzystwie samochodów zrekompensowały nam miłe dla oka widoki.



Pomiędzy Hotelem KORTUS a parkingiem weszliśmy już na docelową trasę, która przez pierwszą część prowadziła nas utwardzoną drogą. Widzieliśmy również z tej drogi skałę do której chcieliśmy dojść.

Z asfaltu odbiliśmy w lewo przy zadaszonych wiatach.


Do samego zamku prowadził nas niebieski szlak.



Poniższe fotografie przedstawiają pozostałości Zamku Šaunštejn. Dokładny czas powstania zamku nie jest znany. Najczęściej mówi się o XIV wieku, kiedy miał on służyć do ochrony „czeskiej drogi” stanowiącej ważne połączenie handlowe z Saksonią.
Šaunštejn stał na klifie z piaskowca na wysokości 340 metrów. Od 1966 roku jest zabytkiem. Potoczna nazwa to Zamek Zbójców.
Do pozostałości zamku dostać się nie jest łatwo, gdyż wejść na górę należy po stromych schodach przez wąskie szczeliny w skale. Schody (w tym jedne niemal pionowe) prowadzą na samą górę.


Szczyty poszczególnych skał połączone zostały stalowymi mostami. Z tego miejsca roztacza się wspaniały widok na całą okolicę, w tym część Czeskiej Szwajcarii. Skalne ściany, na szczycie których stała twierdza, robią ogromne wrażenie do dzisiaj.





Według początkowych założeń mieliśmy pójść dalej szlakiem, aż do Małej Pravčickej Bramy. Jednak szlak prowadził częściowo wąską drogą przy skale z wielometrową przepaścią obok. Nauczeni doświadczeniem z drugiego dnia podróży wiedzieliśmy już, że dla naszego psa byłoby to bardzo niekomfortowe, więc zrezygnowaliśmy z tego planu.



Wróciliśmy do auta tą samą drogą, którą przyszliśmy.
Ponieważ czuliśmy niedosyt, a w szczególności ja, to wracając zajechaliśmy, aby zobaczyć z bliska Panską skála. Jest to bazaltowa skała o strukturze kolumnowej znajdująca się w Kamenický Šenov. Jest narodowym pomnikiem przyrody i najstarszą formacją geologiczną. W XVIII wieku działał tam kamieniołom, w którym odkryto pokłady kolumnowej separacji bazaltu. Kolumny bazaltowe mają 5 do 6 boków, są prawie pionowe, ich długość dochodzi do 15 metrów a średnica 20-40 cm.
Cała formacja przypomina piszczałki organów i dlatego też często jest nazywana kamiennymi organami.
Panská skála jest unikalnym w skali światowej przykładem kolumnowej separacji strumieni lawy bazaltu z okresu trzeciorzędu. Dość tej historii – zobaczcie sami jaka jest piękna, tym bardziej, że załapaliśmy się też na spektakularny zachód słońca.





Pod skałą jest płatny parking – 50 CZK za 1h, płatne w parkomacie. Godzina całkowicie wystarcza na obejście góry a nawet na wejście na jej szczyt (są widoczne ścieżki).
Dzień czwarty zakończyliśmy wynikiem 14 km, 19,6 tys. kroków, a wg aplikacji wdrapaliśmy się na 71 piętro.
Piątego dnia zrobiliśmy sobie odpoczynek. Dzień zapowiadał się deszczowy, więc wybraliśmy się na spacer po naszej miejscowości – Benešov nad Ploučnicí. Miasteczko zostało założone w 2 połowie XIII w. Mieści się w nim kompleks zamkowy, który jest zabytkiem saksońskiego renesansu. Z ciekawostek – powierzchnia Benešov nad Ploučnicí to 9,77 km2, a na 1.01.2024 roku miasto liczyło 3574 mieszkańców.


My zwiedziliśmy cmentarz miejski z grobowcem rodziny Mattauschů. Grobowiec powstał w 1890 roku i jest to renesansowa rodzinna kaplica pogrzebowa. Robi naprawdę olbrzymie wrażenie.

Gdy zobaczyłam powyższy widok pierwszy raz, to byłam pewna, że to kościół.
Rodzina Mattauschů była właścicielem jednej z największych przędzalni bawełny. Założycielem dynastii był Franz Karl Mattausch (1771-1830). Grobowiec w 2007 roku został wpisany na listę zabytków kultury.


Na cmentarzu znajduje się wiele starych grobowców rodzinnych z pięknymi pomnikami, poniżej kilka zdjęć.





Dzień piąty zakończyliśmy wynikiem 5 km, 7 tys. kroków, a wg aplikacji weszliśmy tylko na 4 piętro.
Kolejnego dnia (szóstego) odwiedziliśmy skalne miasto – Tiské stěny.
Jadąc udało nam się zobaczyć i sfotografować z samochodu Zamek w Děčínie oraz Vyhlídková věž Pastýřská stěna (punkt widokowy)


Dzień od rana był deszczowy, więc trochę obawialiśmy się tej wycieczki. Jednak jak sami zobaczycie poniżej, deszcz i pochmurny dzień dodał bardzo klimatu zdjęciom.
Na miejscu znajdują się trzy darmowe parkingi w niedużej odległości od siebie (wszystkie są dobrze oznaczone na mapie). Rozpoczęliśmy od Restauracji, obok której znajduje się jedno z dwóch wejść na szlak.

Tiské stěny – to pomnik przyrody i jedno z najsłynniejszych miast skalnych, bogate w formacje z piaskowca. Należą do najstarszych obszarów turystycznych Piaskowców Połabskich. Teren jest częścią rozleglej płyty piaskowcowej powstałej ok 90 milionów lat temu w okresie kredowym ery mezozoicznej.

W drewnianej budce obok restauracji należy zakupić bilet (50 CZK osoby dorosłe, dzieci do 15 roku życia 25 CZK, a psy wchodzą za darmo). Razem z biletem otrzymujemy mapkę z opisem trasy oraz numerkami i nazwami poszczególnych skał.
Trasa wiedzie zielonym przerywanym szlakiem i ma długość ok 2,5 km. Miejscami są strome schody, więc po deszczu może być dosyć ślisko. Ciekawostka – to tutaj kręcono niektóre kadry „Opowieści z Narni: Lew, Czarownica i stara szafa”.
Trasa zwiedzania prowadzi przez obie części wzdłuż małej i wielkiej ściany – nam osobiście bardziej podobała się druga część.
Poniżej duuużo zdjęć, gdyż klimat tego miejsca w deszczowy dzień był dla mnie zaiste magiczny 🙂





















Dzień szósty zakończyliśmy wynikiem 8 km, 11 tys. kroków, a wg aplikacji weszliśmy tylko na 21 pięter.
Na ostatni dzień zostawiliśmy sobie ikonę Czeskiej Szwajcarii – Bramę Pravčicką. Jest to największy w Europie skalny most z piaskowca, powstały 90 milionów lat temu. Jego rozpiętość to 26,5 metra – naprawdę robi wrażenie.
Informacyjnie:
Godziny otwarcia: 28.III – X g.10-18, IX – III g. 10-16
Bilety (można kupić też on-line): dorośli 95 CZK / 4 EUR, dzieci (6-14lat) emeryci (65+) oraz studenci 30 CZK / 1,5 EUR, psy wchodzą za darmo.
Dojazd: my dojechaliśmy do miejscowości Hřensko, parking (płatny), ale najbliżej szlaku znajduje się na samym końcu drogi (nie da się go nie zauważyć). My zostawiliśmy auto na parkingu Restauracji Klepáč, koszt to 200 CZK płatne w restauracji (jeśli zatrzymujesz się na posiłek w restauracji, parking jest gratis).

Najłatwiejszy i najkrótszy szlak czerwony prowadzi nas bezpośrednio z parkingu. Podczas naszych odwiedzin drugie dojście od strony miejscowości Mezni Louka było zamknięte, więc warto to sprawdzić przed samym przyjazdem.
Od parkingu pierwsza część czerwonego szlaku prowadzi asfaltem, ok 20 minut spokojnego spaceru.
Doszliśmy do rozwidlenia Tři prameny gdzie odbiliśmy w lewo (szlak jest naprawdę dobrze oznakowany więc nie sposób się pomylić, a po drugie… wystarczy iść za tłumem ;))
My byliśmy w październiku, po sezonie, a na szlaku czuliśmy się jak na Krupówkach w lipcu. Co musi się tam dziać w sezonie – wolę sobie nawet nie wyobrażać.

Warto zwrócić uwagę na krajobraz podczas drogi. Teren został zniszczony przez ogromny pożar, który wybuchł w lipcu 2022 roku i objął swoim zasięgiem ok tysiąc hektarów. Opanowano go dopiero po 20 dniach. Widok nadal robi ogromne wrażenie i towarzyszył nam aż do samej bramy.



Ogólnie szlak jest prosty i przyjemny, choć cały czas pnie się do góry. Podejście pod samą bramę jest już bardziej strome i prowadzi serpentynami, ale jest bardzo malownicze i cały czas mieliśmy piękne widoki, również na Bramę oraz znajdujący się pod nią Pałacyk „Sokole Gniazdo”.



Na tyłach Pałacyku, który pełni rolę restauracji, znajduje się kasa oraz kilka tarasów widokowych. Były też rozstawione miski z wodą dla psiaków, co wcale nas nie zdziwiło, bo Czechy są bardzo psiolubne. Szczególnie polecam taras widokowy, który znajduje się za kasą w lewo.





Powrót jest dokładnie tą samą drogą co przyszliśmy.
My jeszcze zajrzeliśmy do Jaskini Czeskich Braci, która jest 30 metrową szczeliną skalną.



W miejscowości Hřensko zdecydowaliśmy się jeszcze na szybki obiad w restauracji. Za zupę i drugie danie dla 2 osób zapłaciliśmy niecałe 700 CZK. Pies był mile widziany i dostał również miskę wody od Pani kelnerki.
Podsumowanie:
Trasa: Polska Warszawa – Czechy Benešov nad Ploučnicí (+ wszytkie dojazdy do szlaków) – Polska Warszawa to 1600 km (sama podróż tam i z powrotem to 1200 km).
Nocleg: wynajęliśmy świetny apartament z kuchnią, łazienką i dwoma pokojami (miał osobne wejście) za bardzo fajne pieniądze. Za 8 noclegów zapłaciliśmy 1600 PLN + 500 CZK opłaty za psa. Im bliżej Czeskiej Szwajcarii ceny były wyższe o minimum 1 tys. PLN, a dla nas dojazdy ok. 30 km nie były żadnym problemem.
Czy przyjedziemy jeszcze raz? Taki mamy plan! W Czeskiej Szwajcarii jest jeszcze wiele pięknych miejsc, do których nie zdołaliśmy dotrzeć. Na kolejnej wyprawie będziemy chcieli połączyć Czeską Szwajcarię z niemiecką Saksońską Szwajcarią i już bez… Bakusia.
Pomimo, iż na wszystkie szlaki można swobodnie wchodzić z psem, to wiele z nich prowadzi bardzo wąskimi dróżkami, szczytami skał z wielometrowymi przepaściami lub po skalistych stromych schodach, co naszemu owczarkowi niemieckiemu niespecjalnie służy. On nie czuł się komfortowo na tych bardzo wymagających szlakach, więc w trosce o jego stawy i nasz komfort psychiczny następne wojaże po górach Baku spędzi u Cioci w pensjonacie.
Jeśli lubicie chodzić po górach – szczerze polecam ten rejon. Naprawdę warto.
Zdjęcia: Canon R6 + Canon EF 28-300 f/3.5-5.6 oraz Samsung Galaxy S20 FE / Samsung Galaxy S23..